< wróć

Agnieszka, Bunia i Costa

2026-06-15

Gdyby kilkanaście lat temu, ktoś powiedziałby mi, że będę kiedyś miała psa przewodnika, z niedowierzaniem pokręciłabym głową. Oj, pokręciłabym, i to bardzo mocno. Nie dlatego, że nie lubię psów. Wręcz przeciwnie, sercem i umysłem jestem zadeklarowaną psiarą. Po prostu wtedy praca z wyszkolonym psem wydawała mi się czymś nierealnym, trochę nawet SF.

No cóż, dziś jest ze mną Costa i jest już moim drugim psem przewodnikiem. I chociaż początki nie były łatwe, przez dwa pierwsze tygodnie w czasie luźnych spacerów z Bunią (moim pierwszym psem przewodnikiem) dosłownie gubiłam się na własnym osiedlu, to teraz nie wyobrażam sobie życia bez psa przewodnika.

Dlaczego? Z pomocą Buni nauczyłam się poruszać swobodnie środkiem chodnika tempem, które jest niemożliwe przy chodzeniu jedynie przy pomocy białej laski. Kiedy natomiast nauczyłam się jej ufać, mogłyśmy razem zdobywać przysłowiowe góry, bo choć osoba niewidoma i pies to team, to najtrudniejsze w tej relacji jest zaufać zwierzęciu. Zwierzęciu, które zawsze jest zwarte i gotowe na pójście tam, gdzie trzeba. Bez umawiania się z kilkudniowym wyprzedzeniem, bez marudzenia, że pogoda nie taka albo że mu się nie chce. Ta gotowość psa, poza oczywiście niedyspozycją w czasie choroby, sprawia, że osoba z dysfunkcją wzroku odzyskuje część samodzielności i sprawczości. Owszem, dalej poruszam się z “czyjąś” pomocą, ale to ja decyduję o tym, gdzie i kiedy idziemy, wydając odpowiednią komendę jak: “prawo prowadź”, “lewo przejście pokaż”, “góra schody pokaż”. I to są chyba najbardziej oczywiste atuty posiadania psa przewodnika, ale mnie już na początku pracy z Bunią uderzyło coś innego…

Nie, nie był to ani słup ani znak drogowy, ani inny człowiek. Bunia perfekcyjnie omijała wszelkie przeszkody, włączając w to kałuże i porzucone na środku chodnika nieszczęsne hulajnogi. Zauważyłam mianowicie znaczną zmianę otoczenia. Wcześniej ludzie jakby bali się mnie, jakby moja niepełnosprawność budowała mur między mną a innymi. Takie wrażenie szczególnie miałam podczas podróży pociągiem. W przedziale z innymi pasażerami czułam się jakbym była niewidzialna, a próby nawiązania jakiegokolwiek kontaktu okazywały się często bardzo trudne. Kiedy zaczęłam podróżować z Bunią, wszystko się zmieniło. Niewidzialna bariera przestała istnieć. Inni przestali skupiać się na mojej niepełnosprawności, a całą ich uwagę skupiał na sobie pies. Często w czasie kilkugodzinnej podróży pytaniom o psa, o to jak codzienność z nim wygląda, nie było końca. Tym samym podróżowanie stawało się i przyjemniejsze, i łatwiejsze. Studiowanie z psem przewodnikiem też okazało się prostsze, zwłaszcza gdy wykładowcy okazywali się miłośnikami psów. 

Kiedy rok temu w moim domu pojawiła się Costa myślałam, że będzie łatwiej. Owszem było, ale nie łatwiej, a inaczej. Tak, miałam już opanowane do perfekcji trasy zarówno spacerowe na osiedlu, jak i trasy do pracy, lekarza, sklepu, fryzjera czy do koła PZN. Musiałam jednak nauczyć się Costy, rozumieć jak i na co reaguje, w taki a nie inny sposób. Musiałam się nauczyć, że choć z natury jest łagodna i radosna, to lubi postawić na swoim, a największą nagrodą za dobrze wykonaną pracę jest zabawa z piłką.

Myślę zresztą, że Costa też musiała nauczyć się mnie. Ta obustronna zależność jest potrzebna, żeby między nami nawiązała się silna więź, tak bardzo potrzebna do bezpiecznego wspólnego poruszania się po dżungli miejskiej. Miasto pełne ciągłych zmian, różnych przeszkód, nieprzewidywalnych sytuacji i innych istot dwu- i czworonożnych.

Zdarza się czasami, że, idąc z Costą, trafiam na ludzi, którzy niestety nie rozumieją, że psa pracującego nie można głaskać czy z nim rozmawiać. Że kiedy pies przewodnik prowadzi swojego opiekuna, to nie jest czas na obwąchiwanie się z innym przedstawicielem swojego gatunku, nawet jeśli jego właściciel, chwaląc się swoją wiedzą o psich rytuałach, mówi do mnie: „Niech się poznają!”.

Kiedyś, gdy czekałam w kolejce u lekarza, jeden z pacjentów zaczął cmokać na Bunię. Nie doczekawszy się reakcji ze strony psa, stwierdził na głos (nie bez podziwu): „Faktycznie, szkolony…”.

Nie żałuję, że w moim życiu pojawiły się Bunia i Costa. To świetna przygoda i krok ku większej samodzielności. Tym bardziej dziękuję wszystkim wolontariuszom, zwłaszcza Oli i Maćkowi, którzy poświęcają swój czas i kawałek serca na przygotowanie młodych psiaków do wejścia w dorosłe życie i stanie się w przyszłości radością i pomocą osobom niewidomym. Dziękuję!

Wyszkolenie Costy możliwe było dzięki dofinansowaniu Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych w ramach projektu "Labrador dla Niepełnosprawnego 2024-2027”.