< wróć

Mariusz i Lex

2026-02-04

Przyjaciel na czterech łapach – mój dzień z psem przewodnikiem

Mam na imię Mariusz. Od czterech lat nie widzę świata oczami, ale za to od dziesięciu miesięcy widzę go… nosem mojego psa przewodnika Lexa. Pracuję na Niewidzialnej Wystawie w Warszawie i codziennie dojeżdżam tam pociągiem – około 50 kilometrów w jedną stronę. Brzmi jak spora logistyka? Być może. Ale z Lexem nawet taka trasa potrafi być całkiem przyjemną przygodą.

Lex jest dla mnie przyjacielem, ale w wersji specjalnej. Takiej z certyfikatem, szkoleniem i odpowiedzialnością większą niż u większości ludzi, których znam. Kiedy zakładam mu uprząż, kończy się tryb „pies”, a zaczyna tryb „profesjonalista w pracy”. Skupiony, spokojny, gotowy. Ja wtedy też automatycznie prostuję plecy – bo idziemy razem.

Każdy dzień zaczyna się dość zwyczajnie. Wychodzimy z domu, kierunek: pociąg. Lex prowadzi pewnie, omija przeszkody, zatrzymuje się tam, gdzie trzeba. Ja wydaję komendy, on wykonuje je z dokładnością godną wojskowego musztry, tylko w wersji na czterech łapach. I tak docieramy na peron.

Wejście do pociągu to dla Lexa moment, w którym włącza się dodatkowa dawka dumy. Wchodzi pewnym krokiem, jakby chciał powiedzieć: „Spokojnie, wszystko pod kontrolą”. Idzie wzdłuż wagonu i szuka miejsca – najlepiej takiego, gdzie da się wygodnie ułożyć psa i człowieka. Słyszę to po reakcjach ludzi. Nagle robi się więcej przestrzeni – ktoś się przesuwa, ktoś po prostu robi miejsce.

Jedna z moich ulubionych scen wydarzyła się, gdy konduktorka podeszła sprawdzić bilet. Lex akurat leżał spokojnie na podłodze, w trybie pełnego relaksu. Gdy tylko usłyszał rozmowę, poderwał się niemal natychmiast, jakby chciał powiedzieć: „Halo, ja też tu jadę. Jestem z nim. Wszystko się zgadza”. W tamtym momencie wyglądał tak dumnie, że brakowało mu tylko biletu w zębach.

Podróż mija spokojnie. Lex odpoczywa, ja zbieram myśli przed pracą. A potem Warszawa. Pociąg zwalnia, zatrzymuje się, drzwi się otwierają i zaczyna się ruch. Wydaję komendę: „Naprzód Lex, prawo, drzwi pokaż”. Lex rusza i zaczyna lawirować między ludźmi z precyzją zawodowego slalomisty. Ludzie reagują odruchowo – zwalniają, robią miejsce, odsuwają się. To moment, w którym czuję ogromne zaufanie i spokój.

Czy czuję się z nim bezpieczniej? Zdecydowanie. Lex daje mi pewność w poruszaniu się po mieście, ale też coś więcej – poczucie, że nie jestem sam. Oczywiście, zdarzają się sytuacje trudne. Najczęściej wtedy, gdy ktoś próbuje zagadać psa w trakcie pracy albo pogłaskać go bez pytania. Lex jest świetnie wyszkolony, ale nadal jest psem, a nie robotem. Uprząż to dla niego sygnał, że pracuje – i warto to uszanować.

Nasza współpraca opiera się na zaufaniu i komunikacji. Ja wydaję jasne komendy, on podejmuje decyzje w ruchu. I czasem zdarza się, że mnie „nie posłucha” – na przykład gdy uzna, że coś jest niebezpieczne. Paradoksalnie właśnie wtedy mam największą pewność, że mogę na nim polegać.
Lexa nagradzam najczęściej głosem. Zwykłe „dobry pies” potrafi zdziałać cuda. Czasem dochodzi smaczek, czasem głaskanie, a czasem po prostu chwila luzu, gdy uprząż znika i pies znów może być psem.

Odkąd Lex pojawił się w moim życiu, zmieniło się bardzo wiele. Mój komfort życia zdecydowanie się poprawił. Jest więcej samodzielności, spokoju i pewności w codziennym funkcjonowaniu. Ale jest też coś, czego nie da się zmierzyć – obecność drugiej istoty, która jest zawsze obok.

Świadomość ludzi na temat psów przewodników powoli rośnie. Wciąż bywa różnie, ale coraz częściej spotykam się ze zrozumieniem i szacunkiem. I właśnie dlatego warto o tym mówić i pisać.

Lex nie widzi za mnie świata. On pomaga mi się w nim poruszać. A ja, idąc obok niego, wiem jedno – dokądkolwiek zmierzamy, damy radę. Razem.
A teraz krótka historia o Lexie łakomczuszku.

Lex na co dzień jest psem przewodnikiem z pełną powagą wpisaną w CV. Skupiony, opanowany i odpowiedzialny. Ale tylko do momentu, kiedy w zasięgu jego nosa pojawią się… delicje.

Pewnego dnia patera stała na regale. Ja, słuchając audiobooka, byłem przekonany, że wszystko jest pod kontrolą. Lex też był bardzo spokojny. Zbyt spokojny. Przez chwilę panowała taka cisza, że aż powinna mnie zaniepokoić. I wtedy usłyszałem to charakterystyczne, zdradliwe mlaskanie. Jedno. Potem drugie. A po chwili Lex wrócił na swoje miejsce szybkim krokiem, jakby chciał uprzedzić pytanie: „Nie wiem, co się stało, ale na pewno to nie ja”. Patera zrobiła się wyraźnie lżejsza. Lex wyraźnie szczęśliwszy.

I właśnie w takich momentach przypomina mi, że choć jest moimi oczami w drodze do pracy, w domu nadal pozostaje zwykłym psem z bardzo konkretnym planem na życie: jeść delicje i nie dać się złapać.

 

Szkolenie LEXA było możliwe dzięki wsparciu firmy Boehringer Ingelheim