Przemek i Lori
Bardzo długo marzyłem o psie przewodniku, lata mijały i jak to w życiu bywa, marzenie pozostawało tylko gdzieś w obszarze niezrealizowanych. Wiele zmieniłem w swoim życiu, podjąłem pracę, zamieszkałem w nowym miejscu i poczułem, że to właściwy moment na spełnienie mojego marzenia.
Dziś tak wiele mówi się o przyjaźni, o prawdziwych relacjach w tym zabieganym świecie, a mnie udało się znaleźć taką prawdziwą przyjaźń właśnie w Lori. Ta więź powstawała powoli, uczyliśmy się siebie wzajemnie, każde z nas potrzebowało czasu, żeby zrozumieć wzajemne potrzeby i nauczyć się siebie. Dziś, kiedy mijają dwa lata naszej wspólnej wędrówki, mogę śmiało powiedzieć, że to przyjaźn̈ najcenniejsza, jaką mam.
Nasz dzień, szczególnie kiedy pracujemy, zaczyna się bardzo wcześnie, po godzinie 5 rano wyskakujemy do małego ogródka przed domem, sprawdzamy pogodę i oceniamy, jak tu się ubrać, a zaraz potem myślimy tylko o tym, co zjeść na śniadanie. Przed nami długa droga do dworca – pieszo zajmuje nam ona około pół godziny, kiedy koncentrujemy się tylko na tym, żeby bezpiecznie dojść. Pociągiem jedziemy godzinę, potem czeka nas krótki, 10-minutowy spacerek i jesteśmy w pracy. To moment, w którym Lori ma chwilę oddechu, w specjalnie dla niej przygotowanym miejscu, ma tam swoje legowisko, zabawki i wodę, ona odpoczywa, a ja rozpoczynam swój dzień pracy. Jestem przewodnikiem w ciemności w Gdańskiej Galerii Zmysłów, oprowadzam gości po naszej wystawie, opowiadam o ciekawostkach z nią związanych, uwrażliwiam na potrzeby i trudności w codziennym funkcjonowaniu osób niewidomych, edukuję i próbuję obudzić empatię w ludziach, opowiadam o swoim życiu. Zdarza się, że proszę Lori o pomoc, a ona przybywa z pełnym entuzjazmem i pokazuje swój optymizm wesołym pyskiem i latającym ogonem. Jej pozytywna energia zaraża nieodmiennie zwiedzających.
Po pracy wracamy tą samą drogą, która wieczorem dłuży się nam obojgu. W domu czeka na nas drugi człowiek i mały, czarny kundelek, Pola. Wreszcie oboje mamy chwilę na oddech i czekamy, co nam dobrego dadzą do zjedzenia. Wieczór to spacer, zabawa, czesanie, drzemka – ładowanie baterii na kolejny dzień.
Muszę przyznać, że dzięki Lori poczułem się lepiej i bezpieczniej, zdecydowanie skrócił się czas przejścia na trasach pieszych, jestem też spokojniejszy o nieprzewidziane sytuacje na drodze. Odkąd chodzimy razem, nie wpadłem na żadną hulajnogę i uważam, że to nasz wielki, wspólny sukces. Nie muszę, jak kiedyś, koncentrować się tak bardzo na mijanych elementach drogi, nie obawiam się także wykopów czy innych przeszkód, mijamy teraz takie kwestie koncertowo.
Pewnie, że trafiają się trudniejsze chwile, nie może przecież być zbyt cukierkowo, bywają ludzie, którzy rozpraszają Lori i zaczepiają ją, staram się wtedy stanowczo i krótko zapanować nad sytuacją, a kiedy mogę, wspominam o naszym bezpieczeństwie, to na szczęście szybko pomaga.
Zastanawiam się czasem, jak wyglądało moje życie przedtem i nie wyobrażam sobie życia bez Lori. Myślę, że jesteśmy trochę jak jeden dobrze działający mechanizm. Łączy nas rączka uprzęży. Pies i ja, razem, poruszamy się w jednym tempie, w tym samym kierunku, wsłuchani w siebie, czuję przy nodze jej obecność, ona słyszy miarowy stukot moich butów i laski na chodniku. Ona informuje mnie o przejściu dla pieszych, o schodach, drzwiach, wolnym miejscu, a ja nadaję kierunek i… startujemy.
Teraz to działa, jak taki dobrze naoliwiony mechanizm, ale pamiętam, że początki były trudne. Przejście dla pieszych pokonywaliśmy każdorazowo po kilka razy, aż w końcu pokazywała mi pasy, jak należy. Lorita potrafiła stanąć przy kimś, kto jadł frytki czy kebaba i wąchała, co ciekawego mają inni, stoczyliśmy kiedyś walkę o porzuconą kanapkę na peronie (walkę z niemałym trudem udało mi się wygrać), ale smakosz smakosza zrozumie. Praca przyniosła efekty, teraz dogadujemy się znacznie lepiej.
Wydaje mi się, że ta wspólna droga uczy nas oboje, znamy się coraz lepiej i działamy w duecie, należy jednak nadal pamiętać, że to żywe stworzenie, tak samo jak ja, Lori bywa zmęczona, coś ją rozprasza, ktoś w okolicy krzyknie, przejdzie jakiś ujadający pies, komuś spadnie coś z wielkim hukiem. Znam ją na tyle, że wiem, czego się boi, a co sprawia jej radość. Kiedy uda się zrobić dobrze trudną rzecz, zawsze mam w kieszeni czy w saszetce jakiś przysmak i motywuję moją przyjaciółkę do wytężonej pracy, nagradzam jej wysiłki. Wielokrotnie wystarczy jej dobre słowo, czułe klepanie po grzbiecie, a czasem ekstra kąsek. Lori pracuje wytrwale i poświęca mi całą uwagę, więc okazuję jej swoją wdzięczność.
Chciałbym wspomnieć o czymś bardzo ważnym przy tej okazji, to może wydawać się oczywiste, nie dla każdego jednak. Pies przewodnik oddaje mi ogromną przysługę, jest nieocenioną pomocą, bystrą, czujną, zawsze gotową do drogi. Należy pamiętać przy tym, że to wymagający troski przyjaciel, z mojej strony dostaje spacery, musi się znaleźć czas na las, na wspólne zabawy, baraszkowanie w rzekach, jeziorach, są zabawki i treningi, jest kąpiel, czesanie, karmienie, są wizyty u weterynarza (pozdrawiamy gorąco cudowną panią Monikę, weterynarza z powołaniem i sercem do zwierząt).
Zacząłem opowieść o tym, że łączy mnie z Lori przyjaźń i na tym chciałbym zakończyć. Człowiek udomowił psa wiele wieków temu, ale mam wrażenie, że dopiero teraz uczymy się jako ludzie szacunku do zwierząt, brania odpowiedzialności za nie, traktowania psa, jak członka rodziny, który poza obowiązkami ma też prawa!
Lori weszła do naszej małej rodziny, stała się częścią stada, zamieszkała w moim domu i w moim sercu. Mam wierną przyjaciółkę, która rano z radością budzi mnie mokrym nosem, a wieczorem ufnie mruczy coś przez sen do ucha. Mam czasem pełno lepkiej śliny na spodniach, a na swetrze kompozycję z sierści, bywa, że gdzieś pojawiają się pieczątki z ubłoconych łap, to jednak drobiazg, z którym radzi sobie nasza pralka i my sami. Tego kochającego psiego przyjaciela otrzymałem dzięki cudownej Fundacji, dzięki mądrym i dobrym ludziom, którzy stworzyli niezwykłe miejsce, dziękuję za to najbardziej na świecie.
Niezdecydowanym niewidomym gorąco polecam takiego psa, a przechodniów proszę, podziwiajcie nas z daleka i trzymajcie kciuki za setki bezpiecznych kilometrów dróg przed nami.
Utrzmanie psa jest finansowane przez Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnychw ramach cyklicznych projektów "Labrador dla Niepełnosprawnego - utrzymanie psa asystującego"