[Wolontariat] Ewelina i Andrzej
Jesteśmy z mężem związani z Fundacją od 3 lat, nie pamiętam już, skąd dowiedzieliśmy się o niej, ale mamy wśród znajomych moją koleżankę z młodości, która w dorosłości straciła wzrok i od wielu lat jest Beneficjentką Fundacji, ma już drugą psią asystentkę. Do zostania wolontariuszami tzw. weekendowymi, czyli takimi, którzy uzupełniają grono wolontariuszy długoterminowych, sprawując opiekę przez jakiś czas, skłoniła nas sympatia do rasy i możliwości (nie mamy dzieci, które mocniej by nas mogły angażować). Na studiach miałam niewidomych kolegów i potem broniłam pracę magisterską z tematyki potrzeb osób niewidomych, przy okazji badań poznałam wiele cudownych osób z tej grupy. Bycie wolontariuszem to dokładanie swojej cegiełki do poprawy komuś jakości życia. Nie jest to zawsze łatwe, bo bardzo szybko można związać się emocjonalnie z psiakami, mimo że pierwsze dni bywają stresujące i pełne niespodzianek. Być może jest nam i tak łatwiej, bo młode psy powierzane są nam na krótszy czas (najdłużej pies był z nami 4 miesiące, a najkrócej kilka dni) i mamy większą rotację, szczególnie w czasie wakacji. Mamy z mężem inne charaktery, ja bardziej lubię, gdy coś się dzieje, jest dynamicznie i wesoło, a mąż – gdy jest spokojniej i bardziej przewidywalnie, ale uzupełniamy "swoje energie" – ja lubię chodzić na spacery, jeździć na treningi i do różnych miejsc, a mąż bardziej sprawnie wyznacza granice, lubi się z psami bawić, a także cierpliwie je wyczesywać!


Mamy okazję poznawać różne "charakterki" i nauczyliśmy się, że fundacyjne psy nie tylko są miłe i przyjazne, ale też wymagające, szczególnie w obszarze konsekwencji i nieulegania pięknym psim oczkom czy próbom wymuszania, żeby nie utrwalać w nich nawyków, które mogłyby potem zagrażać bezpieczeństwu osoby niewidomej czy zdrowiu samego psa (szczególnie: mam tu na myśli łakomstwo mogące prowadzić do otyłości). Nie jest łatwo, gdy młoda, silna psia energia ciągnie na spacerach i konsekwentnie trzeba ją uczyć chodzenia przy nodze. Zdarzyło mi się zareagować kiedyś z opóźnieniem na ekscytację młodej i silnej czarnej Mamby wobec innego psa i przy okazji spektakularnie się przewróciłam, co zostało przypadkiem przez męża nagrane i rozpowszechnione potem ze śmiechem wśród najbliższych i do dziś stanowi rodzinne kultowe nagranie. Mamy też całkiem sporą kolekcję zdjęć innych super mocy labków – "przeczytanej" w kawałkach pożyczonej książki, nadgryzionych nowych butów czy rozpruwanych nałogowo i na potęgę pluszaków, których wnętrzności tworzą nagle w domu śnieżną pokrywę…


Często jesteśmy pytani przez otoczenie, jak radzimy sobie z tym, że psa trzeba oddać. Otóż radzimy sobie, mimo że oczywiście pierwsze dni jest nam żal i tęsknimy. Wiemy jednak, że to nie nasz pies i przed nim jeszcze długa droga, zanim trafi do osoby docelowej, z którą zbuduje więź na stałe. Pracownicy Fundacji mają ogromne doświadczenie i temu ufamy "nie dzieląc włosa na czworo", edukujemy się i rozmawiamy z nimi. Mnóstwo wsparcia i radości mamy także z wymiany doświadczeń na whatsappowej grupie wolontariuszy. Niemniej jednak emocjonalnym ułatwieniem jest też dla nas to, że mamy własnego psa wielorasowego i gdy dom pustoszeje z labciowej energii to zostaje z nami nasz futrzak. Ułatwieniem jest także otwieranie się na kolejne psiaki, gdy tylko mamy taką możliwość.
