< wróć

[Wolontariat] Ola z Rodziną i Bazylia

2025-08-25

O istnieniu Fundacji Labrador dowiedziałam się podczas poznańskich Targów Dobra we wrześniu 2023 roku. Uczestniczyłam w nich jako koordynator wolontariatu w liceum, a moim celem było poznanie nowych organizacji pozarządowych i oferty wolontariatu dla moich uczniów. Zatrzymywałam się przy prawie każdym stoisku i dotarłam do Fundacji Labrador. Stoisko zainteresowało mnie, ponieważ na pierwszy rzut oka trudno było odgadnąć, czym Fundacja może się zajmować. Po półgodzinnej rozmowie z Panią Prezes Ireną Semmler oraz Sabiną opuściłam stoisko z przekonaniem, że Fundacja pełni niezwykle ważną społecznie rolę, budując most pomiędzy osobami niewidomymi a światem zewnętrznym. Wolontariat w Fundacji – wychowanie psa przewodnika – wydawał się wspaniały, ale i nadzwyczajnie trudny i wymagający dużego poświęcenia.

  

Opowiedziałam uczniom o poznanych podczas Targów organizacjach pozarządowych i ich działalności, w tym o Fundacji Labrador. Niektórzy z nich już ją znali. Wielu powiedziało, że nie byliby w stanie przez rok wychowywać szczeniaka, aby potem go oddać. Ja uważałam, że faktycznie to niezwykle odpowiedzialne zadanie – mieć w domu psa, żywe stworzenie, które wychowujesz zgodnie z wytycznymi trenerów, z którym jesteś na co dzień. To wyzwanie logistyczne, w którym bierze udział cała rodzina. Taki wolontariat różni się znacząco od innych stałych wolontariatów, gdzie człowiek udaje się do określonej placówki, wykonuje swoją pracę na rzecz jakiejś organizacji, a następnie wraca do domu. Tutaj zaangażowanie jest w zasadzie całodobowe. Reakcje uczniów mnie zbytnio nie dziwiły.

 

Mijały miesiące, a ja obserwowałam Fundację w mediach społecznościowych i dowiadywałam się więcej o jej działalności. Podczas rozmów z mężem i córkami wszyscy zachwycaliśmy się ideą psów pracujących i byliśmy pełni podziwu dla trenerów i wolontariuszy fundacyjnych. I wtedy nadszedł lipiec 2024 roku i na instagramie fundacyjnym pojawił się post o potrzebie nowych wolontariuszy. Wtedy wiedziałam, że chcę. Pozostało mi przekonać resztę domowników. Nie było to bardzo trudne. Oboje z mężem byliśmy w momencie, kiedy potrzebowaliśmy zrobić coś dla drugiego człowieka – nie akcyjne, nie jednorazowo, jak dotychczas. Włączanie osób niesamodzielnych czy osób z niepełnosprawnościami do aktywnego życia społecznego to temat znany i bliski naszej rodzinie. Chcieliśmy zaangażować się w coś, co będzie większe od nas, co zmusi nas do reorganizacji naszego porządku, będzie komuś potrzebne i dla kogoś ważne.

  

Po rozmowie z panią Ireną na temat wszystkich obowiązków wolontariuszy, przeprowadziliśmy rodzinną naradę z naszymi córkami. Chcieliśmy, żeby rozumiały, co robimy, aby aktywnie się w to włączyły, a przede wszystkim pamiętały, że pies nigdy nie będzie nasz i nie, nie będzie spał z żadną z nich w łóżku jakkolwiek słodki by nie był!

Bazylię odebraliśmy pod koniec sierpnia. Dwa dni przed odbiorem otrzymaliśmy wyprawkę – klatkę kennelową, akcesoria i zabawki dla szczeniaka. Gdy przyjechaliśmy do domu i Bazylia stała bezradnie na środku dużego pokoju, mąż spojrzał na mnie i zapytał:” Co my zrobiliśmy?”.
To było chwilowe zwątpienie, a przygoda dopiero się zaczynała. Nigdy dotychczas nie mieliśmy psa! Było mnóstwo śmiechu przy szalonych zoomies’ach, mieliśmy podziurawione skarpetki i galeria zdjęciowa w naszych telefonach została zdominowana przez szczeniaka. Pierwsze noce, kiedy Bazylia spała w klatce kennelowej, spędziłam na materacu przy klatce, aby nie czuła się samotna. Naszym najważniejszym celem w tamtym momencie było zadbanie o to, by toaleta odbywała się poza mieszkaniem. To oznaczało wychodzenie co 1-2 godziny na zewnątrz, na początku również w nocy. Ściśle tego przestrzegaliśmy, zdarzały się wpadki i ktoś wdepnął w mokrą kałużę, ale mimo wszystko konsekwencja się opłaciła. Po miesiącu odbył się pierwszy trening posłuszeństwa na placu treningowym i poznaliśmy ważne zasady pracy ze szczeniakiem i ważne komendy. Każdy z nas je ćwiczył na spacerach z Bazylią i okazało się – zgodnie z zapowiedziami trenerów – że labrador uczy się równie szybko, co pochłania podawane mu smaczki!

 

Kiedy patrzę wstecz na mijający rok, widzę, ile korzyści przyniosła nam decyzja o wolontariacie. Czy przeorganizowaliśmy nasze życie pod psa? Tak. Zaczęliśmy wstawać nieco wcześniej, by wyjść na spacer, wpisujemy do kalendarza fundacyjne treningi, czasem przesuwamy wizytę lekarską, by na trening dotrzeć, czasem rezygnujemy z wypadu na zakupy po pracy, aby wrócić do domu, do psa.

Co otrzymaliśmy w zamian? Bezcenną wiedzę na temat psich zachowań i potrzeb, wskazówki, jak trenować z psem, jeszcze lepsze rozumienie roli psów pracujących, kilka tysięcy kroków więcej tygodniowo, sympatyczne rozmowy z innymi właścicielami psów, pouczające rozmowy z przechodniami zaciekawionymi czerwoną kamizelką na labradorze, radość z tego, co tu i teraz – przekonaliśmy się, że tego właśnie uczy pies.

 

Dodatkową osobistą korzyścią jest też fakt, że nasza młodsza córka była bardzo nieufna i niechętna wobec psów. Jednocześnie psy ją interesowały – na filmikach i w książkach, ale nie na żywo. Mieliśmy przeczucie, że biorąc psa fundacyjnego, będzie mogła pokonać ten lęk. Nie myliliśmy się. W tej chwili nie tylko opiekuje się Bazylią, ale też potrafi spokojnie sprowadzić psa po schodach, wprowadzić do i z tramwaju.

   

Na początku wolontariatu wiele osób bliskich mówiło nam, że nie będziemy w stanie oddać Bazylii, że oni by nie mogli. Rozumiem, to jest ta najtrudniejsza część. Jednak ja myślę o tym trochę inaczej – nie wzięliśmy Bazylii, żeby mieć psa. Wzięliśmy ją, żeby wychować psa dla osoby, która go bardzo potrzebuje. I to był nasz cel. Podjęłabym tę decyzję jeszcze raz.